Różnorodność, która generuje strach Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii, Transfobii i Bifobii

Podobno o sta­nie spo­łe­czeń­stwa naj­le­piej świad­czy spo­sób, w jaki trak­tu­je ono swo­ich naj­słab­szych człon­ków. Mahatma Ghandi, któ­re­mu przy­pi­su­je się tą sen­ten­cję, utra­fił w sed­no. Stopień ucy­wi­li­zo­wa­nia współ­cze­snych spo­łe­czeństw naj­le­piej odda­je poziom ich wraż­li­wo­ści na cudze nie­szczę­ście i cier­pie­nie. W ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu latach na świe­cie zaszły zna­czą­ce zmia­ny w kie­run­ku empa­ty­za­cji ogó­łu spo­łe­czeń­stwa. Czy jed­nak wystar­cza­ją­ce? Warto zadać sobie to pyta­nie wła­śnie 17 maja pod­czas Międzynarodowego Dnia Przeciw Homofobii, Transfobii i Bifobii, któ­ry ma za zada­nie sze­rzyć świa­do­mość w tym temacie. 

Dawno mamy już za sobą cza­sy, gdy homo­sek­su­alizm kara­ny był śmier­cią czy wię­zie­niem – tak przy­naj­mniej wyglą­da to w Europie i w innych miej­scach na świe­cie, gdzie hoł­du­je się tzw. „euro­pej­skim war­to­ściom”. W dal­szym cią­gu jed­nak z dru­giej stro­ny w wie­lu miej­scach na świe­cie, rów­nież w Europie, oso­by nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­ne, nie­bi­nar­ne i „nie­stan­dar­do­we” trak­tu­je się jak oby­wa­te­li dru­giej kate­go­rii. Tak nie­ste­ty jest i w Polsce. Według rapor­tu orga­ni­za­cji ILGA Polska znaj­du­je się na ostat­nim miej­scu wśród kra­jów Unii Europejskiej pod wzglę­dem ochro­ny praw osób LGBTQ+. Mówiąc wprost, kule­je u nas pra­wo­daw­stwo, wpły­wa­ją­ce na kom­fort życia osób homo­sek­su­al­nych i trans­sek­su­al­nych. W Europie w gor­szej od nas sytu­acji jest jedy­nie Białoruś i Rosja…

Samozadowolenie to nie wszystko

Przyzwyczailiśmy się do samo­za­do­wo­le­nia z tego jacy jeste­śmy „tole­ran­cyj­ni”…

Nie kry­ty­ku­ję publicz­nie osób homo­sek­su­al­nych, zatem jestem faj­nym i tole­ran­cyj­nym facetem.

Nie wyzy­wam uczest­ni­ków mar­szów, a więc jestem w porządku.

Nie prze­szka­dza­ją mi geje, ale czy oni muszą tak epa­to­wać tą swo­ją seksualnością?

Ale… No wła­śnie, zawsze jest jakieś ale. W XXI wie­ku tole­ran­cja to już za mało. Wydźwięk sło­wa „tole­ran­cja” zakła­da pew­ne­go rodza­ju łaskę i być może gło­śną ale i nie­zbyt przy­chyl­ną zgo­dę na egzy­sto­wa­nie osób, któ­re są inne od ogó­łu. Czy to rze­czy­wi­ście sta­wia nas w pozy­cji osób empa­tycz­nych i cywi­li­zo­wa­nych, że pozwo­li­my komuś oddy­chać tym samym powie­trzem, co my? Że nie będzie­my osten­ta­cyj­nie trak­to­wać dru­gie­go czło­wie­ka jak trę­do­wa­te­go? Być może było to czymś postę­po­wym w latach 60’. Obecny sto­pień roz­wo­ju cywi­li­za­cji wyma­ga od nas cze­goś więcej…

Różnorodność, któ­ra gene­ru­je strach

Odrzucanie oraz izo­lo­wa­nie tego, co inne, leży nie­ste­ty w głę­bo­ko zako­rze­nio­nych w nas mecha­ni­zmach ewo­lu­cyj­nych. Nie zna­czy to jed­nak, że są to mecha­ni­zmy przy­sta­ją­ce do potrzeb naszych cza­sów. W spo­łe­czeń­stwie i na świe­cie tak prze­lud­nio­nym jak wyglą­da to dziś i tak zdo­mi­no­wa­nym przez czło­wie­ka, naszym jedy­nym ratun­kiem jest nie „koeg­zy­sten­cja” a „współ­pra­ca” czy­li peł­ne empa­tii, życz­li­wo­ści i wza­jem­ne­go zro­zu­mie­nia wspól­ne życie! Świat zwie­rząt nie sta­no­wi już dla nas żad­ne­go zagro­że­nia jako gatun­ku. Jedynym zagro­że­niem dla nas jeste­śmy my sami.

Owszem, boimy się inno­ści i owszem, ist­nie­ją ku temu prze­słan­ki ewo­lu­cyj­ne, a może raczej powi­nie­nem powie­dzieć „zaszło­ści”, ale są one już kom­plet­nie nie­ak­tu­al­ne i nie speł­nia­ją swo­jej roli – zupeł­nie tak samo jak kość ogo­no­wa, któ­ra cza­sem boli po zbyt dłu­gim sie­dze­niu w jed­nej pozy­cji. Pora zatem, aby nasza codzien­ność i nasze reak­cje na to, co nam obce, dogo­ni­ły w koń­cu poziom nasze­go roz­wo­ju cywi­li­za­cyj­ne­go. Pora, aby naj­więk­szym zagro­że­niem dla czło­wie­ka prze­stał być dru­gi człowiek!

Edukacja, dro­gą do inkluzywności

Nie może­my zatem pozo­sta­wać bier­ni na codzien­ne tra­ge­die, któ­re roz­gry­wa­ją się w życiu osób LGBTQ+; tra­ge­die wyni­ka­ją­ce z odrzu­ce­nia, nie­na­wi­ści i bra­ku zro­zu­mie­nia osób, któ­re nie miesz­czą się w sta­ty­sty­ce. Pora zro­zu­mieć, że prak­ty­ka sta­ty­sty­ki nie zno­si i nie ma z nią nic wspólnego.

Łatwo jed­nak jest posłu­gi­wać się chwy­tli­wy­mi hasła­mi, a trud­niej zro­bić coś konkretnego…

Dlatego wła­śnie tak bar­dzo doce­niam dzia­łal­ność ludzi, któ­rzy na co dzień sta­ra­ją się edu­ko­wać i uświa­da­miać spo­łe­czeń­stwo. Pierwszym kro­kiem do empa­ty­zo­wa­nia ludzi wokół może być zarów­no film, książ­ka jak i roz­mo­wa – spo­koj­na, życz­li­wa i nace­cho­wa­na dużą ilo­ścią wyro­zu­mia­ło­ści! Zawsze war­to brać pod uwa­gę dys­kom­fort, któ­ry czu­je dru­gi czło­wiek, a jed­no­cze­śnie wytrwa­le edu­ko­wać na  temat tego, jak ogrom­ne zna­cze­nie ma dla naszej cywi­li­za­cji wycho­wa­nie i stwo­rze­nie spo­łe­czeń­stwa inklu­zyw­ne­go, dla któ­re­go waż­ne będą spra­wy, któ­re nas łączą a nie dzielą.

Jeżeli chcesz zmia­ny, bądź zmianą!

Taką pra­cę wyko­nu­ją już w dużej mie­rze licz­ni dzia­ła­cze spo­łecz­ni czy nie­za­leż­ne media takie jak ARTE.tv, będą­ce bez­płat­ną plat­for­mą stre­amin­go­wą, któ­re spe­cjal­nie na 17 maja przy­go­to­wa­ło zbiór fil­mów edu­ka­cyj­nych i uwraż­li­wia­ją­cych w kwe­stiach doty­czą­cych osób nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­nych. Wspólne obej­rze­nie takie­go fil­mu z oso­bą odsu­wa­ją­cą od sie­bie waż­kość tych pro­ble­mów, może być dobrym począt­kiem, pra­cą u pod­staw. Pamiętajmy też, że zmia­na nie zaczy­na się u góry. Jak uczy nas histo­ria ludz­ko­ści, zmia­na idzie od każ­de­go z nas, od jed­no­stek, dzię­ki któ­rym nastę­pu­ją zmia­ny w spo­łe­czeń­stwach, naro­dach i na całych kontynentach.

 

Mężczyzna współczesny to mężczyzna zagubiony? Z czym zmagają się faceci w XXI wieku i z jakiego powodu…

XXI wiek mimo, że wyzwo­lił kobie­ty, to znie­wo­lił nie­ja­ko męż­czyzn i dopie­ro przez ostat­nich kil­ka lat mają oni moż­li­wość, aby poszu­ki­wać nowej defi­ni­cji męsko­ści, nie­ogra­ni­czo­nej już gen­de­ry­zmem i błę­da­mi swo­ich ojców. Ale, żeby tę wol­ność odna­leźć, trze­ba wyko­nać trud­ną i nie­oczy­wi­stą robo­tę w dro­dze do samopoznania…

„Chłopaki nie pła­czą”, „nie maż się jak baba”, „musisz być twar­dy jak tatuś”, „kto to widział, żeby chło­piec był taki obra­żal­ski”… To tyl­ko nie­któ­re „tek­sty” ser­wo­wa­ne małym chłop­com, któ­re dosko­na­le wyko­nu­ją swo­ją robo­tę w pro­ce­sie wycho­wy­wa­nia i… two­rzą zamknię­tych w sobie i bierno-agresywnych doro­słych face­tów. My, męż­czyź­ni z poko­le­nia mil­le­nial­sów dora­sta­li­śmy i kształ­to­wa­li­śmy się na gra­ni­cy dwóch świa­tów i dwóch tra­dy­cji – odcho­dzą­ce­go do lamu­sa kon­ser­wa­tyw­ne­go podzia­łu na to, co wypa­da dziew­czyn­ce a co chłop­cu, oraz cza­sów współ­cze­snych, w któ­rych jest się po pro­stu człowiekiem…

Na ramio­nach „olbrzy­mów”

Jeszcze 50 lat temu spo­łecz­ne regu­la­cje umiesz­cza­ły męż­czy­znę w bar­dzo kla­row­nej pozy­cji, sta­wia­jąc przed nim kon­kret­ne wyma­ga­nia – obec­nie w naszych oczach okrut­ne, ale nie da się zaprze­czyć, że mimo wszyst­ko brak opcji powo­do­wał w spo­łe­czeń­stwie nie­ja­ką spój­ność zarów­no ocze­ki­wań wobec męż­czy­zny jak i wyobra­żeń jego same­go na swój temat. W rodzi­nach wie­lo­po­ko­le­nio­wych obser­wo­wa­li­śmy naszych ojców i dziad­ków i to od nich uczy­li­śmy się męsko­ści – bycia aser­tyw­nym, odpo­wie­dzial­nym, sil­nym i zarad­nym – o ile oczy­wi­ście mie­li­śmy to szczę­ście, aby mieć we wła­snej rodzi­nie takie wła­śnie wzo­ry do naśla­do­wa­nia. Były to jed­nak w wie­lu wypad­kach wyłącz­nie pozo­ry, ramy spo­łecz­ne, w któ­re wie­le rodzin się nie wpasowywało…

I tak po latach od wyj­ścia z wie­ku doj­rze­wa­nia wie­lu męż­czyzn dalej żyje w duali­zmie wła­sne­go spoj­rze­nia na świat, któ­ry dzie­li się na praw­dzi­wych męż­czyzn, nie oka­zu­ją­cych uczuć, bo albo ich nie mają albo sku­tecz­nie tłu­mią, oraz na „nie­udacz­ni­ków”, czy­li face­tów, któ­rzy nie radzą sobie zarów­no w życiu pry­wat­nym jak i zawo­do­wym, otwar­cie oka­zu­jąc zagu­bie­nie i nad­mier­ną emo­cjo­nal­ność oraz zbie­ra­jąc przez to baty. Wszystko przez tra­dy­cyj­ne wycho­wa­nie, któ­re w przy­pad­ku męż­czyzn nie uzna­je ich pra­wa do cier­pie­nia, uczuć, zmę­cze­nia czy też nawet chę­ci bra­nia czyn­ne­go udzia­łu w wycho­wy­wa­niu dzie­ci, a nie tyl­ko bycia cho­dzą­cym portfelem.

Spuścizna, któ­rą współ­cze­śni męż­czyź­ni otrzy­ma­li w spad­ku od swo­ich ojców i dziad­ków i dyso­nans, któ­re­go doświad­cza­ją, obser­wu­jąc pew­nych sie­bie, ale jed­no­cze­śnie otwar­tych na emo­cje i doświad­cze­nia mło­dych męż­czyzn uro­dzo­nych już czę­sto w XXI wie­ku, powo­du­je jesz­cze więk­sze pogu­bie­nie, brak poczu­cia przy­na­leż­no­ści i nie­pew­ność wobec zmian, któ­re zaszły w spo­łe­czeń­stwie obfi­te­go w dys­kurs na temat nie­bi­nar­no­ści czy płyn­no­ści orien­ta­cji sek­su­al­nej. Jednocześnie pozba­wie­ni tra­dy­cyj­nych ram – znie­kształ­co­nych w cią­gu ostat­nich kil­ku dekad mię­dzy inny­mi przez kobie­ty wcho­dzą­ce czę­sto­kroć w męskie buty – „osia­da­ją” bez­rad­nie we wła­snym życiu i cze­ka­ją na wska­zów­ki, któ­re jesz­cze nie nade­szły i dłu­gie pew­nie nie nadej­dą. XXI wiek sta­wia bowiem na wol­ność… Wolność wybo­ru, kie­run­ku, odczu­wa­nia i pra­gnień… Nie daje zatem siłą rze­czy ram, w któ­re moż­na się wpa­so­wać, a czło­wiek z natu­ry swo­jej bar­dzo czę­sto tego wła­śnie potrzebuje…

Szantaż kul­tu­ro­wy i DDA

Współcześni męż­czyź­ni z poko­le­nia 30+ żyją wciąż pod wpły­wem nie­ja­ko szan­ta­żu kul­tu­ro­we­go kształ­to­wa­ne­go przez lek­tu­ry szkol­ne, czy „boha­te­rów”, któ­rych wci­ska­ją nam media. Ciągle jesz­cze nie mogą przy­zna­wać się do tego, że mają pro­ble­my, z któ­ry­mi nie radzą sobie w poje­dyn­kę. A sko­ro tłu­mią gniew, smu­tek czy poczu­cie nie­pew­no­ści nara­sta­ją w nich emo­cje, któ­re póź­niej skut­ku­ją agre­sją; wobec sie­bie lub innych.

Ale nie­umie­jęt­ność regu­lo­wa­nia emo­cji nie zosta­ła wyna­le­zio­na przez współ­cze­snych męż­czyzn. Zjawisko to obser­wo­wa­li­śmy już u wie­lu poko­leń wstecz, gdzie spo­so­bem radze­nia sobie z nie­wy­god­ny­mi uczu­cia­mi był (i oczy­wi­ście jest w dal­szym cią­gu) alko­hol (ale i inne używ­ki). Częstym zja­wi­skiem, któ­re obser­wu­ję jako biz­nes­men i tre­ner men­tal­ny jest gru­pa męż­czyzn wśród pra­cow­ni­ków kor­po­ra­cji na wyso­kich sta­no­wi­skach, tre­ne­rów, mena­dże­rów, któ­rzy wycho­wa­ni zosta­li przez alko­ho­li­ków z poko­le­nia uro­dzo­ne­go przed, w trak­cie lub zaraz po woj­nie i nie dosyć, że sami cier­pią na syn­drom DDA to jesz­cze mie­rzyć muszą się z bolącz­ka­mi cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi dla męż­czyzn na prze­ło­mie dwóch kul­tur, o któ­rych pisa­łem już wyżej.

A to tyl­ko i zale­d­wie jeden przy­kład dla zja­wi­ska, w któ­rym męż­czy­zna zaprze­cza temu, że ma pro­ble­my, bo tak został nauczo­ny i radzi sobie z nimi w nie­od­po­wied­ni spo­sób. Na wła­snej skó­rze pozna­łem skut­ki takie­go wzor­ca w posta­ci inne­go pogu­bio­ne­go męż­czy­zny i wiem jak ogrom­ne poczu­cie bez­sen­su i bez­ce­lo­wo­ści, a wręcz kom­plet­ne­go bra­ku umiej­sco­wie­nia towa­rzy­szy takie­mu mło­de­mu męż­czyź­nie, będą­ce­mu pod wpły­wem starszego.

Największy pro­blem współ­cze­sne­go mężczyzny

„Prawdziwy” męż­czy­zna uwa­ża, że musi radzić sobie z pro­ble­ma­mi sam. Swoje emo­cje, jeśli w ogó­le je do sie­bie dopusz­cza, trak­tu­je na wyłącz­ność. W naj­gor­szym przy­pad­ku uze­wnętrz­ni się przed innym face­tem, przy alko­ho­lu wła­śnie, a prze­bodź­co­wa­nie, smut­ki i agre­sję wyła­du­je na siłow­ni lub przed tele­wi­zo­rem pod­czas trans­mi­sji meczu – wolę już nie mówić o tych, któ­rzy wyła­du­ją te emo­cje na kimś… Nie popro­si w każ­dym razie o pomoc… W jakiej pozy­cji, by go to usta­wi­ło? Miałby poka­zać, że jest sła­by? Obnażyć się i przy­znać przed świa­tem, że tak jak kobie­ta może być deli­kat­ny, podat­ny na zra­nie­nie czy też (nie daj boże!) depre­sję i potrze­bo­wać wspar­cia? Wstyd!

Z całym okru­cień­stwem naszych cza­sów i nie­pew­no­ścią, któ­ra z defi­ni­cji przy­pi­sa­na jest XXI wie­ko­wi, jed­na rzecz cie­szy mnie nie­zmier­nie – że to, co napi­sa­łem wyżej mło­de poko­le­nie w koń­cu uwa­ża za oczy­wi­ste bzdu­ry. Na uli­cach coraz czę­ściej widać to poko­le­nie „kolo­ro­wych pta­ków”, któ­re eks­plo­atu­je świat na swój wła­sny spo­sób, szu­ka odpo­wie­dzi i nie­skrę­po­wa­nie mówi, co je boli. Dochodzi do eks­tre­mów, to praw­da. Jednak wie­rzę i histo­ria nam to nie­jed­no­krot­nie udo­wod­ni­ła, że aby doszło do home­osta­zy, cza­sem musi nastą­pić odchy­le­nie ampli­tu­dy w któ­rąś stro­nę. I naj­waż­niej­sza rzecz, któ­rej my, męż­czyź­ni z poko­le­nia mil­le­nial­sów, powin­ni­śmy uczyć się od mło­dych, wkra­cza­ją­cych dopie­ro w doro­słe życie, to umie­jęt­ność pro­sze­nia o pomoc…

Przebaczyć, prze­pra­co­wać i pójść do przodu

Najważniejszym pew­nie i naj­trud­niej­szym jed­no­cze­śnie zada­niem dla współ­cze­sne­go męż­czy­zny jest zosta­wie­nie za sobą swo­je­go ego, cho­ro­bli­wej, roz­bu­cha­nej i nie­po­par­tej wła­ści­wie żad­ną sen­sow­ną przy­czy­ną dumy i prze­ba­cze­nie – zarów­no sobie jak i tym, któ­rzy ukształ­to­wa­li nas na „swój obraz i podo­bień­stwo”. Swego cza­su i ja, aby zro­bić krok do przo­du, prze­ba­czy­łem moje­mu tacie i pozwo­li­łem sobie na to, aby współ­czu­cie zastą­pi­ło złość. Podobno zoba­cze­nie we wła­snych rodzi­cach ludzi jest jed­nym z naj­waż­niej­szych eta­pów dorastania…

Przebaczenie to jed­nak zale­d­wie etap całe­go pro­ce­su prze­pra­co­wy­wa­nia pro­ble­mów i sche­ma­tów, któ­re naro­sły w nas od dzie­ciń­stwa aż do momen­tu, w któ­rym podej­mu­je­my decy­zję o sta­wie­niu czo­ła temu wysił­ko­wi. I może się tak zda­rzyć, że prze­my­śli­wa­nie, czy oglą­da­nie wystą­pień coachów w Internecie nie będzie wystar­cza­ją­ce. Dla osią­gnię­cia dłu­go­trwa­łych zmian powie­dział­bym wręcz, że pra­wie na 100% nie zadzia­ła. Potrzeba nam dru­giej oso­by w bez­po­śred­nim kon­tak­cie face to face, któ­ra zada wła­ści­we pyta­nia we wła­ści­wy spo­sób i nakie­ru­je nas, wes­prze w poszu­ki­wa­niu i prze­pra­co­wy­wa­niu pro­ble­mów, traum i otwie­ra­niu się na nowe. Ale nie łudź­cie się, że ktoś odwa­li za was całą robo­tę. Tak dobrze nie ma… Przysłowiowe „pot, krew i łzy” nale­żą zawsze do was.

 

W Walentynki pokochaj… siebie!Jak toksyczna relacja z samym sobą przeradza się w toksyczny związek…

W tema­cie Walentynek powie­dzia­no już wszyst­ko. Wychwalano je pod nie­bio­sa jako cudow­ną oka­zję do wiel­kich gestów i wyjąt­ko­wych ran­dek z dru­gą połów­ką. Krytykowano rów­nież z dru­giej stro­ny za komer­cyj­ność i zamie­nia­nie miło­ści w gro­te­sko­we przed­sta­wie­nie dla świa­ta zewnętrz­ne­go. Tegoroczne Walentynki potrak­tuj zatem na prze­kór tra­dy­cji jako wyzwa­nie, oka­zję do reflek­sji nad rela­cją, któ­ra łączy cię z naj­waż­niej­szym dla cie­bie czło­wie­kiem – samym sobą! Poddaj ana­li­zie swo­je nasta­wie­nie i to jak trak­tu­jesz same­go sie­bie, abyś umiał stwo­rzyć zdro­wą rela­cję z innymi.

Być może 14 lute­go już na zawsze pozo­sta­nie w naszych gło­wach czymś nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­nym ze świę­tem zako­cha­nych. Ja oso­bi­ście marzę jed­nak o tym, aby dzień ten zyskał nie­co szer­sze zna­cze­nie. Abyśmy myśle­li nie tyl­ko o miło­ści do dru­gie­go czło­wie­ka, ale przede wszyst­kim zasta­no­wi­li się nad tym, jaki mamy sto­su­nek do sie­bie – czy trak­tu­je­my się z wyro­zu­mia­ło­ścią, czy jeste­śmy wobec sie­bie czu­li, uprzej­mi. Ważne jest, aby uświa­do­mić sobie, jak ogrom­ne zna­cze­nie w budo­wa­niu rela­cji z dru­gim czło­wie­kiem ma kwe­stia uczuć, któ­ry­mi obda­rza­my nas samych.

Epidemia auto­de­struk­cji

W erze wszech­obec­nych i narzu­ca­ją­cych swo­ją wolę social mediów jeste­śmy bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek pod­da­wa­ni cią­głej oce­nie, kry­ty­ce i pre­sji. Zupełnie jak­by tego było mało, przej­mu­je­my tę nar­ra­cję i zaczy­na­my sto­so­wać ją jako swe­go rodza­ju narzę­dzie do auto­de­struk­cji. Nie pozwa­la­my sobie na swo­bo­dę, luz, odpo­czy­nek. Ciągle sta­wia­my nowe cele, narzu­ca­my sobie nie­prze­rwa­ne wycho­dze­nie ze stre­fy kom­for­tu i pozwa­la­my, aby cią­głe ocze­ki­wa­nia innych ludzi oraz wzmoc­nio­na z ich powo­du auto­su­ro­wość, z jaką się trak­tu­je­my, wypa­la­ły nas wewnętrz­nie. Nikt nie może funk­cjo­no­wać na peł­nym bie­gu non stop. Czasami trze­ba się zatrzy­mać i rozej­rzeć woko­ło, a tak­że zaj­rzeć w głąb. Wówczas oka­zu­je się, że nie lubi­my samych sie­bie. Dostrzegamy cechy takie jak leni­stwo, wąskie hory­zon­ty, mal­kon­tenc­two… Ale to nie TY. To zale­d­wie reak­cja Twojego orga­ni­zmu na nie­przy­ja­zne śro­do­wi­sko, któ­re mu stwo­rzy­łeś. Wypalony, prze­bodź­co­wa­ny i nad­mier­nie zestre­so­wa­ny zawsze będziesz kłęb­kiem ner­wów i zbio­ro­wi­skiem obiek­tyw­nie rzec ujmu­jąc, cech nega­tyw­nych. Trudno też wów­czas żywić do sie­bie uczu­cia pozy­tyw­ne, gdy nie mamy cza­su, aby o sie­bie zadbać…

A idzie to nie­ste­ty lawi­no­wo: gdy nie masz sza­cun­ku do same­go sie­bie, inni też nie będą go mie­li; jeśli nie umiesz cie­szyć się ze swo­je­go towa­rzy­stwa, dla innych rów­nież będzie to nie­kom­for­to­we; jeśli będziesz się sie­bie wsty­dzić, inni będą dostrze­gać tyl­ko two­je nega­tyw­ne cechy; jeśli nie obda­rzysz same­go sie­bie miło­ścią, małe są szan­se na to, że stwo­rzysz zdro­wy zwią­zek z dru­gim człowiekiem.

Ciepłe uczu­cia wobec same­go sie­bie powin­ny być zatem Twoim naj­waż­niej­szym celem w tego­rocz­ne Walentynki i to nie ze wzglę­du na innych – to będzie zale­d­wie przy­jem­ny efekt ubocz­ny roz­wo­ju oso­bi­ste­go. Uświadom sobie, że to wła­śnie Ty jesteś jedy­ną oso­bą, któ­ra zosta­nie z Tobą do koń­ca życia nie­za­leż­nie od sytu­acji, oko­licz­no­ści, prze­ciw­no­ści życio­wych. Można wręcz powie­dzieć, że jeste­śmy ska­za­ni na samych sie­bie NO MATTER WHAT. Dlaczego zatem zamiast wiecz­nie sie­dzieć na kak­tu­sie, nie roz­ło­żyć się wygod­nie na kana­pie? Tą meta­fo­rą przejdź­my do czę­ści arty­ku­łu zwią­za­nej z reali­za­cją tego pięk­ne­go, ale jak­że trud­ne­go założenia…

Style przy­wią­za­nia jako odzwier­cia­dle­nie tego, co czu­je­my do siebie

Nie bez koze­ry od razu po Walentynkach obcho­dzi­my Dzień Singla. Jakoś pod­skór­nie czu­je­my chy­ba, że trze­ba umieć być w naj­lep­szej moż­li­wej rela­cji naj­pierw z samym sobą, nie tyl­ko z inny­mi ludź­mi. Jedno zresz­tą z dru­gie­go wyni­ka. Nie zawsze jed­nak zda­je­my sobie spra­wę, gdzie leży pro­blem. Najczęściej nie­ste­ty spo­sób, w jaki się trak­tu­je­my, wyni­ka z tego, cze­go nauczy­li­śmy się w dzie­ciń­stwie, jakie war­to­ści wpo­ili nam rodzi­ce oraz jakie­go rodza­ju rela­cję zbu­do­wa­li­śmy z nimi. Jest to oczy­wi­ście temat na oddziel­ny arty­kuł, książ­kę a nawet kil­ka ksią­żek. W skró­cie jed­nak war­to nad­mie­nić, że psy­cho­lo­go­wie wyróż­nia­ją naj­czę­ściej trzy lub czte­ry sty­le przy­wią­zy­wa­nia się, wyni­ka­ją­ce wła­śnie z doświad­czeń z naj­wcze­śniej­sze­go dzie­ciń­stwa i któ­re mają naj­więk­szy wpływ na to, jakie rela­cje budu­je­my z oto­cze­niem jako doro­śli ludzie.

Wymienia się zatem sty­le: lęko­wy, uni­ka­ją­cy i zdez­or­ga­ni­zo­wa­ny – każ­dy z nich nosi zna­mio­na tok­sycz­no­ści i jest czymś, cze­go powin­ni­śmy uni­kać. Jeśli nato­miast stwier­dza­my u sie­bie zacho­wa­nia, wcho­dzą­ce w ich zakres defi­ni­cyj­ny, koniecz­nie powin­ni­śmy zasta­no­wić się nad meto­dą samo­roz­wo­ju, cho­ciaż­by w posta­ci psy­cho­te­ra­pii czy też upra­wia­nia uważ­no­ści. Style te bowiem cha­rak­te­ry­zu­ją się bar­dzo niskim stop­niem zaufa­nia zarów­no do same­go sie­bie jak i part­ne­ra, prze­ży­wa­niem cią­głych nie­po­ko­jów przed porzu­ce­niem czy też pro­wa­dzą do nachal­no­ści i tzw. „zagła­ski­wa­nia na śmierć” wobec dru­giej oso­by – w dużym skró­cie oczy­wi­ście. Jeśli potrze­bu­je­cie więk­szej ilo­ści infor­ma­cji, na któ­re nie może­my sobie pozwo­lić ze wzglę­du na cha­rak­ter arty­ku­łu, zapra­szam do samo­dziel­ne­go researchu.

Jedyny styl przy­wią­za­nia obiek­tyw­nie uzna­wa­ny za zdro­wy to styl bez­piecz­ny. Charakteryzuje się on wywa­rzo­nym, reali­stycz­nym pozio­mem samo­oce­ny oraz wyso­kim pozio­mem zaufa­nia w rela­cji. Osoby, któ­re przy­wią­zu­ją się w spo­sób bez­piecz­ny nie oba­wia­ją się dłu­go­trwa­łych i poważ­nych związ­ków, ale i nie prze­ra­ża ich wizja bycia sin­glem przez dłuż­szy czas. Nie tkwią też na siłę w rela­cji bez per­spek­tyw i nie usta­na­wia­ją partnera/przyjaciela w cen­trum swo­je­go wszech­świa­ta, zapo­mi­na­jąc o sobie czy wręcz tłu­miąc wła­sne pra­gnie­nia i potrze­by albo wręcz rezy­gnu­jąc z wła­sne­go życia na rzecz inne­go czło­wie­ka. W takiej zdro­wej rela­cji ist­nie­je przede wszyst­kim har­mo­nia, kom­fort i swo­bo­da w wyra­ża­niu uczuć i opi­nii. Jak zatem widać zdro­wa rela­cja z dru­gim czło­wie­kiem w dużej mie­rze pole­ga na zdro­wej rela­cji z samym sobą…

Miłość i sza­cu­nek do same­go siebie

Jeśli żywisz do same­go sie­bie cie­płe uczu­cia i sza­nu­jesz się za to, jaki jesteś, szan­se, że wpad­niesz w tok­sycz­ną rela­cję i pozwo­lisz jej trwać, są napraw­dę nie­wiel­kie. Nie unik­niesz oczy­wi­ście tzw. „wpa­dek”. Może się zda­rzyć, że zako­chasz się lub też nawią­żesz głęb­szą, przy­ja­ciel­ską rela­cję z kimś nie­war­tym two­ich wysił­ków i zaufa­nia. Wówczas jed­nak, gdy szy­dło wyj­dzie z wor­ka, natu­ral­ną reak­cją oso­by zna­ją­cej swo­ją war­tość jest ucię­cie takiej rela­cji lub pra­ca nad nią – wyłącz­nie z obu stron. Jeśli jed­nak sytu­acja się powta­rza i po dru­giej stro­nie nie ma woli zmia­ny, jedy­nym roz­wią­za­niem jest odpusz­cze­nie, pozwo­le­nie, aby każ­dy poszedł w swo­ja stronę.

Tak wła­śnie postą­pi oso­ba, któ­ra kocha i sza­nu­je same­go sie­bie, a oka­zu­je to poprzez dba­nie w pierw­szej kolej­no­ści o swój kom­fort i bycie w zgo­dzie z samym sobą. Nie war­to wów­czas pogrą­żać się w żalu na zbyt dłu­gi czas tyl­ko wręcz doce­nić same­go sie­bie za siłę i wytrwa­łość oraz za oka­za­ny same­mu sobie sza­cu­nek poprzez ucię­cie zna­jo­mo­ści, któ­ra wpły­wa­ła nega­tyw­nie na nasze życie. Czy jest to trud­ne? Oczywiście, bo jed­ną z cech nasze­go gatun­ku jest potrze­ba BYCIA w sta­łych rela­cjach, budo­wa­nia wię­zi spo­łecz­nych. Ucinanie rela­cji jest zatem nawet nie­ja­ko wbrew naszej natu­rze. Jest to jed­nak jedy­ny spo­sób, aby dać sobie szan­sę i prze­strzeń na to, aby wpu­ścić do życia ludzi, któ­rzy będą nas cią­gnąć w górę a nie w dół. Ile razy zasta­na­wia­li­śmy się prze­cież, gdzie byśmy byli, gdy­by nie tok­sycz­ni rodzi­ce, part­ner czy przy­ja­ciel, któ­rzy zatrzy­my­wa­li nasz roz­wój, domi­no­wa­li w nega­tyw­ny spo­sób nad naszą codzien­no­ścią i zatru­wa­li ją swo­im mal­kon­tenc­twem, kry­ty­kanc­twem, zło­śli­wo­ścią czy nie­po­trzeb­ną pre­sją. A gdy pozo­sta­je­my w takich nie­zdro­wych rela­cjach, w naszym życiu nie ma już miej­sca na te zdro­we. Toksyczne mają bowiem to do sie­bie, że szczel­nie wypeł­nia­ją nam gra­fik, zarów­no ten fizycz­ny jak i zwią­za­ny ze ścież­ka­mi myślo­wy­mi, któ­ry­mi podą­ża nasz umysł.

O co cho­dzi z tym „sob­ko­stwem”?

Jak zatem sami widzi­cie, dro­ga do zna­le­zie­nia zdro­wej rela­cji to przede wszyst­kim dro­ga usia­na swe­go rodza­ju „sob­ko­stwem” – dba­nia o same­go sie­bie, przy­glą­da­nia się swo­im potrze­bom, czu­ło­ści oraz sza­cun­ku dla same­go sie­bie i doce­nia­nia – nade wszyst­ko doce­nia­nia; cią­głe­go „ja”, „sobie” i „dla mnie”. I nie myśl­cie pro­szę, że nama­wiam was do nar­cy­zmu i samo­lub­stwa. Podstawa to zna­le­zie­nie we wszyst­kim zło­te­go i zdro­we­go środ­ka ze sta­łą myślą, któ­rą wyra­zi­łem już na począt­ku niniej­sze­go arty­ku­łu – oso­bą, z któ­rą na 100% spę­dzisz całe swo­je życie, jesteś wyłącz­nie TY SAM. Zadbaj zatem o to, żeby nie męczyć się ze sobą, nie­za­leż­nie od tego, czy będziesz aku­rat w rela­cji rów­nież z kimś innym czy nie, a gwa­ran­tu­ję, że z odpo­wied­nio uło­żo­ny­mi war­to­ścia­mi, będziesz w sta­nie stwo­rzyć zdro­we rela­cje z inny­mi ludźmi.

Ostateczna myśl na Walentynki

Niech zatem tego­rocz­ne świę­to zako­cha­nych pozo­sta­wi cię z taką oto myślą: aby inni mnie kocha­li, naj­pierw ja sam muszę poko­chać siebie!

 

Jak stres nas zabija – czyli fatalne skutki „kultury zap***dolu”

Coraz czę­ściej mówi się o stre­sie, że zabi­ja nas powo­li, ale sku­tecz­nie i z pre­cy­zją snaj­pe­ra, a media trą­bią o nim jako o cho­ro­bie cywi­li­za­cyj­nej XXI wie­ku – uży­wa­jąc swe­go rodza­ju skró­tu myślo­we­go. W rze­czy­wi­sto­ści stres kie­dyś był naszym przy­ja­cie­lem (tak jest!) i dopie­ro ostat­nich kil­ka dekad prze­bodź­co­wa­nia i „kul­tu­ry zap***dolu” uświa­do­mi­ło nam, że każ­de­go dnia powo­li zabi­ja­my samych sie­bie. W jaki spo­sób? PRACĄ!

Jak może­my zabi­jać się pra­cą, sko­ro pra­cu­je­my po to, żeby móc żyć? Pomyślicie sobie może, że to co mam Wam dziś do powie­dze­nia to jakieś puste far­ma­zo­ny i prze­my­śle­nia pozba­wio­ne prak­tycz­ne­go podej­ścia, któ­rych nie war­to czy­tać i któ­rych peł­no w Internecie… Świadomość pro­ble­mu to jed­nak poło­wa dro­gi do suk­ce­su, któ­ry stoi za życiem w rów­no­wa­dze i pano­wa­niem nad wła­sną codzien­no­ścią. Konkretne roz­wią­za­nia też się znajdą…

Źródła stre­su w XXI wie­ku – nie­chlub­ne pierw­sze miejsce

Zacznijmy od, być może dla wie­lu z was oczy­wi­ste­go ale jed­no­cze­śnie bar­dzo waż­ne­go do zro­zu­mie­nia pro­ble­mu, wyja­śnie­nia, do cze­go wła­ści­wie słu­ży nam stres? Pierwotnie reak­cja stre­so­wa, któ­ra wią­że się mię­dzy inny­mi z pod­wyż­szo­nym ciśnie­niem, przy­śpie­szo­ną akcją ser­ca i głę­bo­ko odczu­wal­nym nie­po­ko­jem, mia­ła uchro­nić nas przed nie­bez­pie­czeń­stwem. Jej głów­nym prze­zna­cze­niem było wywo­ła­nie u czło­wie­ka jed­nej z dwóch pod­sta­wo­wych reak­cji – wal­ki bądź uciecz­ki. W krót­kiej eks­po­zy­cji na kor­ty­zol, za któ­re­go wydzie­la­nie odpo­wie­dzial­na jest kora nad­ner­czy, czło­wiek jedy­nie zyski­wał. W XXI wie­ku jed­nak stre­su­je­my się BEZ PRZERWY. Nie ma mowy o krót­kich sko­kach hor­mo­nu stre­su i wie­lu godzi­nach, dniach czy tygo­dniach względ­ne­go spo­ko­ju. Globalizacja, rewo­lu­cja prze­my­sło­wa i tech­no­lo­gicz­na wywo­ła­ły zmia­ny licz­ne i choć zba­wien­ne dla roz­wo­ju cywi­li­za­cji, to rów­nie destruk­cyj­ne dla nas jako jednostek.

Skoro jed­nak obec­nie nie polu­je­my i nie ucie­ka­my przed dra­pież­ni­ka­mi, jakie wła­ści­wie może­my mieć stre­sy w codzien­nym życiu i cze­mu w ogó­le mimo zmia­ny warun­ków spo­łecz­nych reak­cja „wal­ki oraz uciecz­ki” w dal­szym cią­gu funk­cjo­nu­je? Według wie­lu bada­czy jest to błąd ewo­lu­cyj­ny, któ­ry za kil­ka tysię­cy lat zosta­nie wyeli­mi­no­wa­ny przez natu­rę, obec­nie jed­nak musi­my zno­sić jego nie­zwy­kle nisz­czą­cy wpływ na nasze orga­ni­zmy i nauczyć się sobie z nim radzić. Żeby nato­miast radzić sobie z wro­giem, nale­ży go naj­pierw poznać – a źró­dłem naj­więk­sze­go stre­su jest obec­nie dla ludzi wła­śnie PRACA.

Pokolenie pra­co­ho­li­ków

Oddając się drob­nej dygre­sji, nie popeł­nię duże­go błę­du, jeśli pra­cę zawo­do­wą porów­nam do nie­gdy­siej­szych polo­wań i wal­ki o prze­trwa­nie. W obu prze­cież cho­dzi o zapew­nie­nie bytu sobie i rodzi­nie. Być może dla­te­go wła­śnie ośmie­lam się zrów­ny­wać je ze sobą i stwier­dzać, że sta­no­wią swo­je zastęp­ni­ki. W XXI wie­ku pra­ca jed­nak ma już zupeł­nie inny wymiar i cha­rak­ter niż (nawet) 100 lat temu. Nie umniej­sza­jąc abso­lut­nie wysił­kom naszych dziad­ków, dosyć łatwo dojść do wnio­sku, że obec­nie jest nam po pro­stu trud­niej. Popularne przez pierw­sze lata dwu­ty­sięcz­ne okre­śle­nie „wyści­gu szczu­rów” nie bez powo­du zosta­ło zastą­pio­ne przez nie­co wul­gar­ne, ale dosko­na­le odda­ją­ce sytu­ację sfor­mu­ło­wa­nie „kul­tu­ry zapier­do­lu”. Pracujemy BEZ PRZERWY. Tak! Nawet kie­dy wycho­dzi­my z pra­cy w dal­szym cią­gu myśli­my i roz­ma­wia­my na jej temat, budzi­my się w nocy z prze­ra­że­niem na myśl, że cze­goś nie dopil­no­wa­li­śmy. Chwalimy się innym, ile godzin pra­cu­je­my, nie widząc nicze­go destruk­tyw­ne­go w podwój­nym eta­cie. Pieniądze na bie­żą­ce życie to nato­miast tyl­ko jeden z naszych celów i oka­zu­je się, że nie zawsze naj­waż­niej­szy. Gonimy przede wszyst­kim za uzna­niem, sta­tu­sem, zabez­pie­cze­niem finan­so­wym na starość.

W zupeł­nie innym sen­sie niż kie­dyś goni­my rów­nież za poczu­ciem bez­pie­czeń­stwa w ogó­le. Dynamiczna sytu­acja na ryn­ku pra­cy zmu­sza nas do cią­głe­go pod­no­sze­nia kwa­li­fi­ka­cji i tak jak kie­dyś nasi rodzi­ce pozo­sta­wa­li w jed­nym zakła­dzie pra­cy na całe deka­dy, a ich roz­wój miał cechy ewo­lu­cyj­ne, tak wyma­ga­nia sta­wia­nie obec­nie wobec pra­cow­ni­ków to rewo­lu­cja, któ­ra odby­wa się każ­de­go dnia; sta­re zawo­dy tra­cą na zna­cze­niu, powo­li zani­ka­ją i giną, wciąż poja­wia­ją się nowe, ist­nie­ją­ce od dekad fir­my zamy­ka­ją swo­je podwo­je, cią­głe reduk­cje eta­tów i poja­wia­ją­ce się każ­de­go dnia nowe tech­no­lo­gie albo co naj­mniej aktu­ali­za­cje w tych, któ­re już zdą­ży­li­śmy poznać…

Może to powo­do­wać lek­ki zawrót gło­wy, prawda?

Do stan­dar­dów panu­ją­cych już przed rokiem 2020, doszły jesz­cze zmia­ny, któ­re zapro­wa­dzi­ła pan­de­mia, o czym sze­rzej piszę w książ­ce napi­sa­nej we współ­pra­cy z Profesorem Rafałem Ohme pt.: „Zespół stre­su post­pan­de­micz­ne­go”. Mimo iż pra­ca zdal­na ma swo­je nie­pod­wa­żal­ne zale­ty, cechu­je się rów­nież sze­re­giem zagro­żeń, z któ­ry­mi nie­zwy­kle trud­no wal­czyć. Wśród nich prym wio­dą brak kon­tak­tu z ludź­mi oraz brak roz­gra­ni­cze­nia prze­strze­ni zawo­do­wej od pry­wat­nej. Obecny już wcze­śniej nawyk respon­syw­no­ści po godzi­nach pra­cy, teraz stał się nagmin­no­ścią, a my, będąc w cią­głej goto­wo­ści i odpi­su­jąc na maile, smsy i odbie­ra­jąc tele­fo­ny o każ­dej porze dnia i nocy, nie pozwa­la­my naszym mózgom odpo­cząć. Jednocześnie jeste­śmy pozba­wie­ni bez­po­śred­nie­go kon­tak­tu z dru­gim czło­wie­kiem, a mimo bycia cią­gle onli­ne, świat wir­tu­al­ny nie dostar­czy nam wra­żeń, któ­rych potrze­bu­je nasz orga­nizm i któ­re otrzy­mu­je przy kon­tak­cie face to face.

Efekty prze­wle­kłe­go stresu

Wypalenie zawo­do­we to coraz częst­sza dia­gno­za w gabi­ne­cie psy­chia­try. Z badań wyni­ka, że nawet 65% Polaków aktyw­nych zawo­do­wo może doświad­czać wypa­le­nia, któ­re może obja­wiać się w nastę­pu­ją­cy sposób:

  1. Udawanie, że „dam radę” – począt­ki są nie­groź­ne, a wszyst­ko to, co dzie­je się w tej fazie, może być nawet odbie­ra­ne jako pozy­tyw­ne, ener­ge­tycz­ne, ambit­ne. Kto jak nie ja!
  2. Branie na sie­bie jesz­cze wię­cej – jesz­cze wię­cej zadań, pro­jek­tów, spo­tkań, wyjaz­dów służ­bo­wych. Przecież jestem potrzeb­ny, nie mogę zawa­lić ter­mi­nów! Nadgodziny? Nie ma pro­ble­mu – udo­wod­nię, że dam radę!
  3. Zaniedbywanie sie­bie – na tym eta­pie zapo­mi­nam, że mam w ogó­le jakieś potrze­by. Zamiast snu wybie­ram wię­cej kawy i ener­ge­ty­ków, zamiast posił­ku – jesz­cze wię­cej kawy, ener­ge­ty­ków, uży­wek i innych stymulantów.
  4. Wypieranie ist­nie­nia pro­ble­mu – jestem śle­py i głu­chy, nic do mnie nie docie­ra. Jeśli nawet widzę, że coś jest nie tak, obwi­niam wyłącz­nie sie­bie. Pojawia się roz­cza­ro­wa­nie, zmę­cze­nie i znie­chę­ce­nie do pracy.
  5. Zaprzeczanie – nic się nie dzie­je, to tyl­ko chwi­lo­wy spa­dek for­my. Odpocznę i jutro zabio­rę się do pra­cy ze zdwo­jo­ną siłą. To tyl­ko prze­zię­bie­nie, nic mi nie będzie. Nie przyj­mu­ję do wia­do­mo­ści tego, co napraw­dę się ze mną dzie­je. Jestem mistrzem fał­szo­wa­nia rzeczywistości.
  6. Wycofanie – poja­wia­ją się pro­ble­my z kon­cen­tra­cją, zaczy­nam cho­ro­wać z powo­du obni­żo­nej odpor­no­ści. Uczucie wewnętrz­nej pust­ki powo­du­je, że izo­lu­ję się i wyco­fu­ję, a moje rela­cje ule­ga­ją widocz­ne­mu pogor­sze­niu i nie za bar­dzo mnie to obchodzi.
  7. Widoczne zmia­ny w zacho­wa­niu – zde­cy­do­wa­nie mniej­sza aktyw­ność, po kre­atyw­no­ści nie ma już śla­du. Jestem nie­uf­ny i podejrz­li­wy, za to wyco­fa­nie i izo­la­cja „wcho­dzą na wyż­szy poziom roz­wo­ju”, czy­li moje kon­tak­ty spo­łecz­ne ogra­ni­czam do nie­zbęd­ne­go mini­mum, rezy­gnu­ję z hobby.
  8. Depersonalizacja – wcho­dzę w poważ­ny etap roz­wo­ju syn­dro­mu wypa­le­nia zawo­do­we­go. Całkowicie tra­cę dobry nastrój, nadzie­ję, dobre samo­po­czu­cie. W zamian mam tyl­ko nara­sta­ją­cą obo­jęt­ność i apa­tię. Nie jestem zdol­ny do podej­mo­wa­nia decy­zji – moja zdol­ność oce­ny sytu­acji znacz­nie się pogor­szy­ła, nie mogę już sobie ufać. Działam na zasa­dzie auto­ma­ty­zmów, jak robot.
  9. Dojmujące odczu­cie pust­ki – odczu­wam nie­okre­ślo­ny strach, nie jestem w sta­nie podać jego kon­kret­nej przy­czy­ny, trud­no ze mną wytrzy­mać, jestem ner­wo­wy, apa­tycz­ny, mie­wam nawet ata­ki pani­ki. Obcy ludzie wzbu­dza­ją we mnie lęk, a odwa­ga i pew­ność sie­bie cał­ko­wi­cie mnie opuściły.

Wszystko to obja­wy wypa­le­nia zawo­do­we­go, któ­re mogą wystę­po­wać poje­dyn­czo, ale mogą rów­nież kumu­lo­wać się jako cały zespół obja­wów. Nie war­to ich igno­ro­wać i jeśli zaczną wystę­po­wać, nale­ży zare­ago­wać od razu. Kontakt z psy­cho­lo­giem czy z psy­chia­trą to pod­sta­wa. Również, jeśli zde­cy­du­jesz się na psy­cho­te­ra­pię, dowiesz się zapew­ne o sze­re­gu roz­wią­zań, któ­re war­to wpro­wa­dzić do swo­jej codzien­no­ści, aby na przy­szłość unik­nąć efek­tów wpły­wu, jaki na nasze życie ma stres i spo­wo­do­wa­ne nim (mię­dzy inny­mi) wypa­le­nie zawo­do­we… A to prze­cież tyl­ko jeden z wie­lu skut­ków dłu­go­trwa­łe­go oddzia­ły­wa­nia stre­su na orga­nizm. Kwestie zwią­za­ne z dzia­ła­niem orga­ni­zmu od stro­ny fizycz­nej to temat na zupeł­nie inny arty­kuł, a zna­la­zły­by się w nim infor­ma­cje doty­czą­ce destruk­tyw­ne­go wpły­wu kor­ty­zo­lu na wszyst­kie narzą­dy i obja­wy psy­cho­so­ma­tycz­ne, do któ­rych prowadzi.

Jak prze­ciw­dzia­łać skut­kom dłu­go­trwa­łe­go stresu?

A może by tak cał­ko­wi­cie wyeli­mi­no­wać dłu­go­trwa­ły stres z życia? Być może teraz wyda­je ci się to mrzon­ką, ale uwierz mi, że stres w więk­szo­ści przy­pad­ków poja­wia się bez potrze­by, zwłasz­cza ten prze­wle­kły. Niepokoje, któ­rych doświad­czasz to naj­czę­ściej two­je wła­sne ema­na­cje i wyobra­że­nia na pew­ne tema­ty, czę­sto nie­za­le­czo­na trau­ma. Obawa przed zwol­nie­niem, bo w kil­ku poprzed­nich pra­cach zosta­łeś zwol­nio­ny – co z tego, że obec­nie radzisz sobie dosko­na­le… Strach przed cho­ro­bą nowo­two­ro­wą, bo twoi dziad­ko­wie cho­ro­wa­li, więc nie­dłu­go na pew­no przyj­dzie two­ja kolej… Paniczny lęk przed zmia­na­mi, któ­ry wpra­wia twój orga­nizm w stan, jak­by te zmia­ny już nade­szły i wła­śnie się działy…

Brzmi banal­nie, ale musisz się uspo­ko­ić. Znajdź swo­ją wła­sną bez­piecz­ną prze­strzeń, któ­ra zapew­ni ci odcię­cie od nie­po­trzeb­nych bodź­ców. Jeśli pra­cu­jesz z domu, cho­waj lap­to­pa po zakoń­cze­niu dnia, sta­raj się wyłą­czać lub wyci­szać tele­fon. Rewelacyjnie na obni­że­nie stre­su dzia­ła bycie offli­ne. Wiem, że to trud­ne. Warto jed­nak zda­wać sobie spra­wę, jak moc­no do nasze­go zmę­cze­nia przy­czy­nia się prze­bodź­co­wa­nie i sta­łe połą­cze­nie z resz­tą świa­ta – nie tyl­ko tego zwią­za­ne­go z pracą.

Staraj się mieć sta­łe nawy­ki, takie jak codzien­ny spa­cer, wspól­ny posi­łek z uko­cha­ną oso­bą czy fili­żan­ka bia­łej her­ba­ty – bez oglą­da­nia tele­wi­zji, czy­ta­nia new­sów czy roz­mów o pra­cy. Postaraj się wpro­wa­dzić swo­je cia­ło w stan odpo­czy­wa­nia i kon­tro­luj swo­je myśli – jeśli zaczy­na­ją napły­wać kom­pul­syw­nie i odwra­cać two­ją uwa­gę, odpy­chaj je od sie­bie. Na począt­ku będzie trud­no, ale po kil­ku tygo­dniach sta­nie się to naturalne.

Znajdź pasję, któ­ra spra­wi, że nawet naj­trud­niej­sze chwi­le, będą jedy­nie sta­nem przej­ścio­wym, któ­ry pro­wa­dzić cię będzie do: kolej­nej sesji teni­sa, kolej­ne­go spo­tka­nia klu­bu czy­tel­ni­cze­go, kolej­ne­go bin­ge wat­chin­gu na sali kino­wej lub we wła­snym domu. Staraj się, aby każ­dy twój dzień był doświad­cza­niem, ale nie w posta­ci kom­pul­syw­ne­go i pozba­wio­ne­go balan­su roz­wo­ju zawo­do­we­go, inte­lek­tu­al­ne­go, czy oso­bi­ste­go, ale… spo­ko­ju, relak­su i przy­jem­no­ści. Chociaż wyda­je się to być oczy­wi­ste, dosko­na­ła więk­szość z nas nie ma poję­cia, co tak napraw­dę spra­wia nam radość, nie zna swo­ich pre­fe­ren­cji i w wyni­ku tego nie potra­fi odpo­wied­nio reago­wać na prze­mę­cze­nie orga­ni­zmu. Pierwszym kro­kiem do zdro­wia psy­chicz­ne­go jest zatem sta­ro­żyt­ne – „Poznaj same­go siebie”.

 

Więcej na temat stre­su i spo­so­bów radze­nia sobie z nim znaj­dzie­cie w mojej książ­ce „Zespół stre­su post­pan­de­micz­ne­go”, napi­sa­nej we współ­pra­cy z Profesorem Rafałem Ohme.

 

Finałowy odcinek „Równi sobie”- porządek nie tylko w domu, ale i w głowie!

12 kwiet­nia o 21:30 zosta­nie wyemi­to­wa­ny ostat­ni odci­nek aktu­al­ne­go sezo­nu reali­ty show, któ­ry zyskał sym­pa­tię widzów w całej Polsce. W pro­gra­mie „Równi sobie” mogli oni co tydzień oglą­dać spo­tka­nie dwóch rodzin z róż­nych świa­tów. W fina­ło­wym odcin­ku rodzi­nie potrze­bu­ją­cej wspar­cia pomo­cy udzie­li­ła wraz z mężem Lea M. Pyć-Leszczuk. Bohaterka jest autor­ką książ­ki „Świadoma Bogini. Jak zdo­być wszyst­ko i być szczę­śli­wą”. Według niej klu­czem do pozy­tyw­nych zmian w życiu rodzi­ny, któ­rej pomo­gła, nie były zaku­py przez nią sfi­nan­so­wa­ne, ale zro­zu­mie­nie, w czym tkwi źró­dło jej nie­po­wo­dze­nia i obec­nej trud­nej sytuacji. 

Gdyby ktoś znał i zdra­dził prze­pis na szczę­ście, każ­dy wiódł­by wspa­nia­łe życie. Niestety los nie sprzy­ja wszyst­kim oso­bom na świe­cie. Często mimo wysił­ków człon­ków rodzi­ny spa­da­ją na nich pasma nie­po­wo­dzeń, któ­re odci­ska­ją pięt­no na sytu­acji mate­rial­nej. Z kolei inni mogą cie­szyć się suk­ce­sa­mi w róż­nych sfe­rach życia. „Równi sobie” wyko­rzy­stał poten­cjał tych dru­gich. Dlatego widzo­wie nie są świad­ka­mi jedy­nie doraź­nej, ale real­nej pomo­cy, któ­ra nie jest jedy­nie chwi­lo­wa. Ostatni odci­nek tego pro­gra­mu z Leą M. Pyć-Leszczuk to dosko­na­ły przy­kład na nie­sie­nie bez­cen­ne­go wspar­cia. Bohaterka prze­pro­wa­dzi zja­wi­sko­wą trans­for­ma­cję nie tyl­ko wnę­trza domu, ale i spo­ro namie­sza­ła w umy­słach dru­giej rodziny.

Remont łazien­ki, zakup sprzę­tu dla cho­rej córecz­ki czy nowych akce­so­riów do miesz­ka­nia to tyl­ko mate­rial­ne rze­czy, któ­re za chwi­lę mogą się znisz­czyć czy popsuć. By zbu­do­wać wokół sie­bie przy­ja­zną prze­strzeń, potrzeb­ny jest solid­ny fun­da­ment. Rozpoczynamy go od upo­rząd­ko­wa­nia naszych myśli czy prze­ko­nań. Głęboka więź mię­dzy nami, dłu­gie roz­mo­wy, czę­sto żywe dys­ku­sje dopro­wa­dzi­ły do tego, że Monika i Jan, któ­rym pomo­gli­śmy, mogli zro­zu­mieć przy­czy­ny ich pro­ble­mów. Ich rodzi­na to wspa­nia­li ludzie, dla­te­go z całych sił pra­gnę­łam wes­przeć ich tak, by oni dalej sami potra­fi­li zmie­niać swój świat. Mam nadzie­ję, że poczu­li to ducho­we wspar­cie ode mnie i od moich bli­skich. Naszym zada­niem nie jest tyl­ko dostar­cze­nie środ­ków finan­so­wych, ale podzie­le­nie się ener­gią. Jej czę­sto brak­nie przez róż­ne pro­ble­my, z któ­ry­mi trud­no sobie pora­dzić – mówi Lea M. Pyć-Leszczuk, autor­ka książ­ki „Świadoma Bogini. Jak zdo­być wszyst­ko i być szczęśliwą”.

Co wie­my o boha­te­rach fina­ło­we­go odcin­ka „Równi sobie”? Lea z mężem i dzieć­mi miesz­ka­ją w Warszawie. Oboje pro­wa­dzą dobrze pro­spe­ru­ją­ce fir­my. Pragnąc podzię­ko­wać za szczo­drość chcą pomóc oso­bom, któ­re nie zosta­ły tak hoj­nie obda­ro­wa­ne przez los. Poznają Monikę, Jana oraz ich trzy cór­ki. Ich trud­na sytu­acja rodzin­na spo­wo­do­wa­ła, że bory­ka­ją się z pro­ble­ma­mi finan­so­wy­mi. Cztery lata temu kobie­ta zre­zy­gno­wa­ła z pra­cy, by poświę­cić się opie­ce nad nie­peł­no­spraw­ną córecz­ką. Dzięki zawar­ciu nowej zna­jo­mo­ści Monika i Jan zysku­ją siłę do wpro­wa­dze­nia pozy­tyw­nych zmian w swo­im życiu. Lea zara­ża ich swo­im pozy­tyw­nym nasta­wie­niem do życia, ale rów­nież goto­wo­ścią do zmian, któ­re prę­dzej czy póź­niej przy­no­szą zapla­no­wa­ne efekty.

„Równi sobie” emi­to­wa­ny jest w sta­cji TVN. To pierw­sze tego rodza­ju reali­ty show w Polsce. Widzowie pod­czas pro­gra­mu mają oka­zję zoba­czyć praw­dzi­wych boha­te­rów. Nie potrze­bu­ją oni nad­przy­ro­dzo­nych mocy, by podać potrze­bu­ją­cym pomoc­ną dłoń. Każdy odci­nek to peł­na wzru­szeń histo­ria rodzą­cych się przy­jaź­ni. Zapraszamy na fina­ło­wy odci­nek tej serii w ponie­dzia­łek 12 kwiet­nia o 21:30!